Prolog – Wieża
Obudził się w ciemności. Nie w miękkim mroku osłoniętej izby, lecz w rozległej kamiennej ciszy, która przygniatała go niczym ciężar. Powieki drżały, niechętne, by się unieść, jakby każda rzęsa wciąż kurczowo trzymała się snu. Przez kilka uderzeń serca trwał jeszcze w tamtym pół-świecie, gdzie ciało wie, że nadeszła pora, by powstać, lecz dusza wciąż pragnie słodyczy zawieszenia.
Była to ociężałość, której się nie odrzuca, lecz niemal pożąda, ciężar podobny do ciepła, cisza, która sprawia, że serce opiera się przejściu przez próg pełnej świadomości. Wiedział, że czuwanie czeka, natarczywe, lecz on wciąż kurczowo trzymał się ukojenia niewiedzy, dryfowania w rozmytej kołysce pomiędzy snem a dniem.
Powietrze wokół było wilgotne, ciężkie, o posmaku żelaza. Zimny kamień oddychał przeciw jego skórze. Leżał na chropowatej posadzce, ciało miał zesztywniałe, umysł pusty. Nie tylko ogołocony, lecz całkiem wyzuty, jakby zawisł w spiralnej otchłani, w portalu, który otwiera się i zamyka zarazem. Czuł, że przed chwilą było tam coś ważnego, naglącego wręcz, lecz znikło, zostawiając jedynie echo.
Kim jestem?
Myśl uniosła się jak nagły, pusty oddech. Powinna była być prosta: imię, twarz, opowieść. A jednak, gdy sięgnął w głąb siebie, jego dłonie zacisnęły się na nicości. Wiedział jedynie, że istnieje, i nic ponadto. Żadnego imienia, żadnej historii, tylko nieustanny puls serca. Było to nie do zniesienia: wiedzieć, że się jest, a nie wiedzieć, do kogo należy to istnienie.
Na krótką chwilę spiralna otchłań wciąż trwała przed nim, ofiarowując pomost do tego, co było jeszcze moment temu. Ciało drżało, jakby sama rzeczywistość na nowo układała swe kształty. Uczucie odpłynęło, pozostawiając jedynie pustkę.
Panika uderzyła w niego ostro jak klinga. Przycisnął dłonie do skroni, jakby samą siłą mógł przywołać pamięć. Lecz im mocniej chwytał, tym szybciej wymykała się z rąk. Ogarnęły go zawroty głowy: wiedział, że powinien wiedzieć, a jednak nie potrafił. Fala lęku wezbrała w nim, przyspieszając oddech.
Oczy przywykały powoli. W końcu dostrzegł bladą poświatę ponad sobą. Komnata nie była wielka, lecz jej ściany wznosiły się ku górze ogromne, zamykające, niczym katedra z kamienia. Bez szwu, bez drzwi, bez uchwytu. Więzienie. Lub grób. Albo łono.
I wtedy zobaczył wyraźnie: światło.
Cienka, czerwona smuga przecinała kamienie. Wysoko nad nim szczelina okna wlewała swój blask do celi. Promień księżyca, lecz nie zwyczajnie srebrny. Ten księżyc był nabrzmiały i krwawy, wisiał ciężko nad nocą. Jego światło sączyło się przez wąskie okno, barwiąc mury ogniem. Nie ogniem, który pożera, lecz takim, co szeptał o tajemnicy, o dawno zapomnianej magii. Ani błogosławieństwo, ani klątwa, lecz nić czekająca, by nią podążyć.
Chwiejnym ruchem podniósł się na nogi. Światło przyciągało go, jakby wołało jego własne imię. Okno zdawało się z początku niewiarygodnie wysoko. Lecz u stóp ściany surowe kamienie tworzyły półkę, po której mógł się wspiąć. Ciało miał ciężkie i sztywne, palce zdarte do krwi o skałę, paznokcie pękały. Wreszcie dotarł do szczeliny. Zbyt wąska. Ramiona nie mieściły się. Napierał mocniej, żebra bolały, płuca więziły oddech. Drążył krawędzie, wyłamując odłamki pradawnego wapienia, zwietrzałego od wieków deszczy i bezlitosnych wiatrów. Kamienie ustąpiły, dość, by mógł się przecisnąć. Skóra rozdarła się, żebra jęczały z wysiłku, aż brakło mu tchu.
A potem, spojrzał na zewnątrz.
Wieża wznosiła się niemożliwie wysoko, zawieszona między światami. Chmury płynęły na jego poziomie. Noc była jeszcze młoda, a krwawy księżyc wciąż pełen i groźny. Po prawej ciągnęło się bezkresne morze, jego stalowe fale niespokojne pod karmazynowym blaskiem. Piana rozbijała się jak srebrne płomienie na powierzchni, a woda drgała niczym pancerz śpiącego olbrzyma. Po lewej rozciągał się bez końca las, czarny i pierwotny, dęby wyrastały jak kolumny, a ich korony tworzyły morze cienia. Między tymi dwiema nieskończonościami, wodą i ziemią, wieża trwała samotna, filar odosobnienia.
Widok odebrał mu dech. Tkwił w połowie w oknie, ciało zawieszone między więzieniem a otchłanią, gdy nagle uścisk dłoni osłabł.
Kamień rozdarł mu ręce, gdy się ześlizgnął. Próbował uchwycić się zewnętrznej ściany, lecz powrotu nie było. Upadek oznaczał pewną śmierć. Runął w dół.
Powietrze ryknęło wokół niego, ciało wirowało, wiatr rozdzierał mu uszy. Trwoga zacisnęła mu gardło. To koniec, pomyślał. Nie miał imienia, nie miał opowieści, ale rozumiał znaczenie ostateczności.
Lecz w połowie lotu coś się zmieniło. Strach się rozpuścił. Ciało zdawało się stapiać z nocą, jakby sam wiatr go niósł. Zamiast grozy przyszło uwolnienie. Wolność. Nie koniec, lecz początek. Uczucie było dziwnie znajome, jakby już niezliczoną ilość razy skakał w tę otchłań. Wzrosła w nim dzika radość, gwałtowna, nieskrępowana, jakby sam upadek był pierwszym prawdziwym oddechem jego życia. Nic go nie obciążało, żadnych wspomnień, żadnej niedokończonej przeszłości, która mogłaby go zawrócić. Cokolwiek było przedtem, już nie miało znaczenia.
Fale uderzyły w niego z brutalną siłą. Zbyt gwałtownie, by poczuł ból. Zanurzył się w ciemność, gdy morze zamknęło się nad nim, sól paliła mu usta, płuca krzyczały o powietrze. Przez chwilę poddał się, zawieszony w czarnej ciszy. Zdawało się, że samo istnienie wstrzymało oddech, czekając, czy się podniesie.
I wtedy ocean uniósł go. Fale toczyły i miotały nim, nie jak wróg, lecz jak siła większa od niego, niosąca ku brzegowi. Nie opierał się. Sól szczypała mu wargi. Piana przyciskała mu twarz. A potem, piasek pod nim, mokry i twardy, osadzający go z powrotem w świecie.
Złapał oddech. Żył. Nad nim księżyc sączył swe krwawe światło na morze i las, jakby i on był świadkiem jego upadku.
Noc dopiero się zaczynała. I on także.
Rozdział 0 – Jeleń na brzegu
Obudził się na piasku. Przez długi oddech nie poruszył się wcale, jakby to sama nieruchomość trzymała go jeszcze w całości. Ziarnka pod jego policzkiem były wilgotne i zimne, wciskały się w krzywiznę twarzy. Niosły w sobie lekki, mineralny posmak soli, rozkruszonych muszli, burz dawno minionych, których ślad wciąż tu zalegał. Każde ziarnko było przypomnieniem czasu sprowadzonego do maleńkości.
Noc naciskała na niego chłodnym, przejrzystym milczeniem, jakby czekała, nieskończona i cierpliwa, na chwilę, gdy otworzy oczy. Nad nim pełny, krwawy księżyc zawisł niczym bursztynowy klejnot żarzący się od wewnątrz, uniesiony w ogromnej czarze obsydianu. Był zbyt wielki, zbyt bliski, jakby niebiosa pochyliły się, by przyglądać mu się uważnie. Czuł jego spojrzenie na skórze. Nie było to ciepło, lecz nie było i chłodem, raczej ciężarem, obecnością, naciskiem, który niczego nie żądał, a jednak domagał się, by zauważył.
Na jego wargach osiadła sól, ostra i bogata, i oblizał ją bezwiednie, smakując...
